wtorek, 11 lutego 2014



Dymi mi z głowy

Wystarczająco bezczelne jest to, że stworzyłam na swoim blogu dział "Sztuka", a jeszcze większa bezczelność - publikować z taką etykietą coś takiego. Uklejone, nagryzmolone tylko dla zabawy i od niechcenia. Bo dymiło mi z głowy.

poniedziałek, 10 lutego 2014


Australijska baza inspiracji.

Eksploracja nowoodkrytego lasu za płotem trwa. Za płotem domu rodzinnego też zawsze miałam las, więc może bliskość lasu i leśna przyroda nie powinny mnie wcale aż tak zadziwiać czy zajmować. Tym bardziej, że ten tutejszy las to raczej lasek, zagajnik, a nie Wielka Puszcza, ani też nie australijski, gęsty, tropikalny busz pełen gigantycznych drzew, palm czy kolorowych papug. A jednak przyroda pobliskiego lasku jest dla mnie egzotyczna i przez to niezwykle inspirująca. To dlatego, że wychowałam się w bliskim sąsiedztwie lasu typowo słowiańskiego, lasu klimatu umiarkowanego, lasu czterech pór roku. Wyrosłam w krajobrazie słowiańskiej przyrody, której sezonowe przeobrażenia, jej roślinność, jej detale, jej dźwięki i zapachy niesamowicie mocno i głęboko wpisały się w moją świadomość i pewnie też podświadomość. A tutaj jest wszystko zupełnie inne. Drzewa inaczej pachną i inaczej szumią, liście mają inne kształty, kwiaty mają inne kolory, kory mają inne faktury, a ptaki w zupełnie nieznanym języku wygwizdują nieznane mi piosenki. Ta egzotyczna dla mnie natura to ogromna baza nowych natchnień, baza nowych wzorów, ornamentów, zestawień kolorystycznych. Zaczęłam je kolekcjonować w takich fotograficznych dyptykach:






No i znowu te kangury. Ale wczoraj o zachodzie słońca pozowały tak uroczo, że nie mogłam im odmówić wystąpienia na blogu.


Kilka dni temu o zmierzchu dotarliśmy na skraj lasu po przeciwnej stronie, gdzie odkryliśmy niewielkie jezioro.

Upalne dni regularnie wypędzają nas na wybrzeże - jedyną oazę ochłody, która w weekendy przyciąga też całą rzeszę Australijczyków. Ostatnio więc moja rajska wizja bezludnych, australijskich plaż trochę się zdewaluowała, ale na szczęście dotyczy to tylko plaż w mieście. Siedząc na plaży, pstryknęłam - tak leniwie, z jednego punktu - serię zdjęć Australijczyków, spacerujących wzdłuż wybrzeża. Czuć ten australijski luz?






W sobotę wpadliśmy na pomysł, żeby spędzić noc na plaży. Ale nie na takiej w mieście, w zatoce, tylko właśnie na oceanicznej, bezludnej - na plaży Fingal na półwyspie Mornington. Zabraliśmy koce, poduszki, plażowy parasol, kolację i śniadanie. Noc była cudowna, kojąca - ciepła i rozgwieżdżona. Jasne światło księżyca rozświetlało całe wybrzeże i odbijało się w oceanie rozwibrowanymi refleksami. Niestety przez to, że zabraliśmy też piwo, nie udało mi się uchwycić tych wrażeń na żadnym ostrym zdjęciu... 
Przed świtem zbudziło nas skrzeczenie mew i inwazja ogromnej chmary wstrętnych, natrętnych much. Zamiast rozkoszować się świtem, który objawił się piękną, różową łuną na niebie, musieliśmy czym prędzej się zwijać, by nie zostać pożartym przez muchy.


Tak cały czas opiewam australijskie bogactwa przyrody, a może powinnam też wspomnieć o innego rodzaju bogactwie - australijskim dobrobycie. Na pewno dla przyjezdnych z Polski, dla mnie, tutejszy dobrobyt rzuca się w oczy, na przykład dobrobyt objawiający się w najbogatszych dzielnicach na wybrzeżu, pełnych wielkich, luksusowych willi, a raczej rezydencji. Ale to akurat niespecjalnie mi imponuje ani tym bardziej mnie nie inspiruje. Bardziej inspirujący dla mnie - w mojej plastycznej pracy - jest dobrobyt objawiający się na sklepowych półkach, w ogromnej ilości, różnorodności i dostępności przeróżnych towarów, produktów. Na przykład w branży plastycznej, rękodzielniczej, pasmanteryjnej - australijskie sklepy to raj dla ludzi, którzy lubią cokolwiek tworzyć własnoręcznie - dekorować dom, szyć, majsterkować, malować. Może z czasem spełnię tutaj swoje odwiecznie marzenie - wyposażę po brzegi swoją pracownię w plastyczne przybory i materiały - by zawsze mieć wszystko na wyciągnięcie ręki. By zawsze mieć zapasy papierów, farb, pędzli, kredek, tkanin, wstążek. To przecież w pracy plastyka taka oczywista podstawa, a jednak w Polsce, dla młodych twórców, często tak trudna do osiągnięcia.
Na dobry początek sprezentowałam sobie dwa urocze kuferki na moje skarby.


piątek, 7 lutego 2014





kOLAż II.

Autoportret - drugi z serii, nastrojonej australijską pogodą i przyrodą. Tym razem w mojej twarzy odbił się niepokojący nastrój zmierzchu w australijskim buszu.






Podróż w głąb autoportretu

Prezentując swój kolejny autoportret, kolejny z kolejnych - bo w ciągu ostatnich piętnastu lat stworzyłam ich naprawdę sporo - poczułam potrzebę, by podać małe wyjaśnienie, a raczej komentarz, kontekst.
W liceum miałam manię rysowania autoportretów inspirowanych portretami Witkacego - z rozmachem kreśliłam swoją twarz kredowymi pastelami na wielkich, kolorowych kartonach. W moim pokoju zewsząd bombardowały niepokojące spojrzenia z mych witkacowskich autoportretów, stojących na sztalugach i wiszących na ścianach. Raz nasz pewien gość (nazwiska przytaczać nie będę) wszedł do mojego pokoju, ze zdumieniem spojrzał na wszechobecne Ole (a raczej one spojrzały na niego) i rzucił uszczypliwym żartem: "Czy to czasem nie nazywa się narcyzm?"
Otóż nie, absolutnie nie! Wręcz przeciwnie. Tworzenie autoportretów to raczej próba polubienia siebie i - jak słabo to nie zabrzmi - próba zrozumienia siebie, wyrażenia siebie. Wprawdzie w historii malarstwa znane są reprezentatywne autoportrety autora-malarza, z pędzlami i paletą w ręku, z których tchnie jakaś duma artysty, satysfakcja twórcy, jak na przykład w autoportretach Jacka Malczewskiego. Malczewski niejednokrotnie przedstawiał również siebie jako Chrystusa. To dopiero narcyz, to dopiero megaloman! 

Już pięć wieków wcześniej to samo zrobił Dürer - wyobraził oblicze Chrystusa, użyczając mu swojej twarzy. Uwielbiam ten obraz, uwielbiam zaglądać w magnetyzujące oczy Dürera-Chrystusa. Proszę zajrzeć przez te oczy do wnętrza duszy artysty. Dostrzegacie tam narcyzm? Ja akurat nie. Widzę tam za to wiele innych rzeczy, mam wrażenie, że poznaje bliżej artystę, roję sobie jego cechy osobowościowe. Nieważne jakie. Co ważniejsze - roję też sobie, że i Dürer, pozując sam sobie, długo zaglądając w swoje oczy, musiał odbywać podróże w głąb siebie. A przyrównanie siebie do Chrystusa według mnie nie świadczy o megalomanii autora, ale raczej o jakichś duchowych poszukiwaniach, może o zadawaniu sobie pytań egzystencjalnych, może o próbach oceny samego siebie. 

Malowanie autoportretu daje unikalną możliwość spojrzenia na siebie z boku, z dystansu, dokładnie na swoje wyobrażenie siebie. To nie to samo więc, co spojrzenie w lustro, czy na swoje zdjęcie. Autoportret jest fascynującym efektem przefiltrowania siebie przez siebie. Dlatego odbicie, powstałe na płótnie, nigdy nie będzie odbiciem wiernym, realistycznym i zazwyczaj jest zupełnie odmienne od tego, jak artystę postrzegają inni ludzie. Sama wielokrotnie słyszałam od ludzi, oglądających moje autoportrety, że jestem na nich za smutna, za brzydka, że wyglądam na znacznie starszą. Ale siebie nie powinnam dawać tutaj za przykład, bo uważam, że do miana artysty jeszcze mi daleko, tym bardziej więc nie powinnam stawiać siebie obok Malczewskiego czy Dürera. Przywołam więc znaną autoportrecistkę Fridę. Na zdjęciach Frida wydaje się znacznie piękniejsza niż na jej autoportretach z uwydatnionymi męskimi rysami i czarnym wąsikiem. Nie mówiąc już o drastycznych, malarskich obliczach Fridy, oplecionych kolczastymi pnączami, które wbijają się w skórę do krwi. 
Brzydota, cierpienie i dramatyczny, mroczny czy wręcz męczeński wyraz są czymś znamiennym dla znanych autoportretów w dziejach malarstwa. Być może tę tendencję można po prostu wyjaśnić romantyczną ideą tworzenia z cierpienia. Ale jak to jest, że ludzie zawsze chcą wychodzić pięknie na zdjęciach, a artyści - wzrokowcy, esteci przecież - gdy przedstawiają samych siebie, pragną się pobrzydzić, postarzeć. No i gdzie tu właściwie ten narcyzm? Popatrzcie:
  Jacek Malczewski
Rembrandt
Van Gogh
 Pierre  Bonnard
Egon Schiele
Stanisław Wyspiański
Olga Boznańska
Witkacy
To nie twórcy autoportretów są narcyzami. Co najwyżej są egocentrykami, hah.

czwartek, 30 stycznia 2014




Kangury na wesoło i na smutno.

Po prawie 3 miesiącach mieszkania w dzielnicy Watsonia dokonaliśmy odkrycia. Odkrycia przełomowego - przynajmniej dla nas. Mała, cicha uliczka, przy której mieszkamy, wcale nie kończy się ślepo, jak dotąd myśleliśmy. To znaczy - byliśmy przekonani, że kończy się ogrodzeniem, za którym jest park, jakiś tam lokalny park - kogo by to interesowało, skoro wokół Melbourne tyle cudownych plaż, lasów, wzgórz, pastwisk. 
To nie uliczka Leafield, to my byliśmy ślepi. Dosłownie cztery domy dalej od naszego miejsca zamieszkania otwiera się furtka na spory kawałek pięknego lasu, pełnego australijskiej zwierzyny. Roi się tu od kangurów, posumów i frogmouths - ptaków-cudaków, wyglądających jak skrzyżowanie sowy i wielkiej ropuchy. Wikipedia mówi, że po polsku ptak ten zwie się paszczak. Wcześniej Paszczaka kojarzyłam jedynie z Muminkami. Wpływy australijskiej zoologii w "Muminkach"? Może to nie przypadek. O ile dobrze pamiętam, występowało tam też coś kanguropodobnego. Niejaki Ryjek?
Kangury to są właśnie takie ryjki - wyglądają jak przerysowane, komiczne stworki z bajki dla dzieci: przerośnięte uszy, wlokący się ogon, przednie łapy - przykrótkie i niezdarne, tylne - wielkie, sprężynujące resory, a na dodatek u samic na brzuchu kieszeń do przechowywania kangurzątka.
Chcieliśmy zwabić kangury do zdjęcia. Przeczytałam w internecie, że żywią się zieleniną, owocami i warzywami. Zabraliśmy więc ze sobą do lasu świeże ogórki, pomidory, jabłka i sałatę. Ryjki nie okazały najmniejszego zainteresowania. Przykicały dopiero wtedy, gdy usłyszały szelest opakowania z krakersami.







Jeszcze nie widziałam australijskiego lasu bez pozostałości pożarów. Tutaj bushfires w okresie upalnego lata są powszechnym zjawiskiem. Świadectwo o potężnym ogniu, który strawił las - rok, kilka czy kilkanaście lat temu - głoszą "ocalałe" eukaliptusy, wciąż stojące, ale już od dawna martwe - bezlistne, zeschłe szkielety drzew o osmolonych pniach. Nawet w pobliskim lasku - tak niedaleko od naszego domu! - ponad zielonymi koronami młodych eukaliptusów sterczą takie suche kośćce drzewne.


W niedzielę pojechaliśmy na Cape Schanck - najdalej wysunięty na południe cypel półwyspu Mornington Peninsula, który wcina się w ocean charakterystyczną skałą, kształtem przypominającą czajnik. Trzy i pół roku temu, podczas moich pierwszych wakacji w Australii, uwieczniłam Cape Schanck na płótnie. Tak w ramach wspomnienia:
A w tym roku na wybrzeżu Cape Schanck było tak.







Namalowany, malowniczy Cape Schanck po zachodzie słońca okazał się dla nas pechowy. Gdy wracaliśmy do domu, nagle przed maskę samochodu wyskoczył nam kangur. Auto musi iść do naprawy, a biedny kangur niestety musiał pójść do nieba.
Codziennie na australijskich drogach giną setki kangurów. To plaga nie do opanowania. Kangury tak błyskawicznie wyskakują na drogę, że nie pomoże nawet przesadna ostrożność kierowcy, nie pomagają wszechobecne znaki ostrzegawcze. W hołdzie śp. Kangurowi i wszystkim kangurom, które zginęły pod kołami samochodów, stworzyłam ilustrację:

Usadowiłam kangura na rajskiej chmurce i na wieczność podarowałam mu pomarańczowy czajnik niczym jego osobisty, miniaturowy Cape Schanck.


Wczoraj o zachodzie słońca kluczyliśmy serpentynami dróżek, między zalesionymi pagórkami, otaczającymi wielkie jezioro Sugarloaf. Gdy wyjechaliśmy z lasu, kolejny raz znaleźliśmy się na niezmierzonej połaci pastwisk. Na rozległych, pożółkłych łąkach, zamiast owiec, pasły się wielkie stada kangurów. Kangury były wszędzie - czmychały po polnych drogach, wyglądały zza słomianych rolad. Nic dziwnego - obszar zwie się Kangaroo Ground. Miejsce to ukoronowało nasz pełen wrażeń tydzień pod znakiem kangura.


Na Kangaroo Ground jest nawet farma, gdzie krzyżuje się krowy z kangurami.
Dobra, żartowałam.