piątek, 21 marca 2014
wtorek, 11 marca 2014
Żółty schyłek lata.
Dziś znowu kilka spojrzeń na te same tematy, co zwykle - motywy z victoriańskich krajobrazów: wybrzeża, pagórkowate pastwiska i ...kangury. Tak, chyba mam nowe hobby - fotografowanie kangurów. (Niedługo chyba kangury zasłużą sobie na jakiś specjalny dział na blogu, stałą rubrykę...) U schyłku lata krajobraz Victorii żółknie. Bezkresne pola, rozległe tereny farm, łagodne wzgórza okrywa żółty dywan traw - w południe płowo, blado-żółty, a o zachodzie słońca bardziej miodowo, złociście żółty.
W kolejny australijski, długi weekend (mam wrażenie, że świąt wolnych od pracy jest tutaj więcej niż w Polsce) wybraliśmy się nad pięknie położone, ogromne jezioro Eildon, którego liczne rozgałęzienia i zatoczki wcinają się w górskie doliny. Nad jezioro zmierzaliśmy małymi, górskimi, bezasfaltowymi dróżkami. Po takiej przejażdżce nasz samochód, oblepiony grubą warstwą żółtego pyłu, znacznie lepiej wkomponował się w okoliczny pejzaż.
Nad jeziorem Eildon o świcie.
A to nasz mały, uroczy hotelik nad brzegiem jeziora.
Złoto-żółta aura schyłku lata chyba ogarnęła też kangury - w świetlistych otoczkach zachodzącego słońca wyglądają bajecznie.
Kangury często bezwiednie zakładają naszyjniki z rzepów.
Na koniec dwa leśne dyptyki.
wtorek, 25 lutego 2014
Zwierzyniec.
Jakie pytanie, dotyczące Australii, najczęściej zadają mi znajomi z Polski?: Czy dużo jest tutaj tych wielkich, groźnych, paskudnych pająków i węży? Zastanawiam się, skąd ten stereotyp, ta paraliżująca wizja, że pewnie co dzień zza moich mebli wypełzają ogromne, śmiertelnie niebezpieczne tarantule. Jedna koleżanka zadeklarowała mi nawet, że przenigdy nie odwiedzi mnie w Australii przez wzgląd na jej arachnofobię. Chcę więc i ja zadeklarować, że serdecznie zapraszam do nas wszystkich przyjaciół z Polski, łącznie z tymi, którzy cierpią na paniczny lęk przed pająkami czy - jak ja! - przed wężami. Warto trochę poskromić swoje fobie, zauważając, iż Australia jest krajem prawie tak dużym jak cała Europa, co oznacza, że arachnofoby i ofidiofoby z Polski mają tak "niedaleko" do wielu ciepłych, egzotycznych krain, jak ja mam "niedaleko" z Melbourne do dalekiego, pustynnego outbacku, gdzie mieszkają te wszystkie "potwory". Co więcej, ja i moja fobia czujemy się bezpieczniej, spacerując po lesie w Melbourne, aniżeli po rodzinnym, beskidzkim lesie, w którym mam znacznie większą szansę, by nadepnąć na żmiję. Za to w tutejszym lesie dotąd spotykałam wyłącznie bardzo przyjazne stworzenia. I na zachętę publikuję dzisiaj fotogalerię tych uroczych, typowo i nietypowo australijskich stworzeń, które często można spotkać w okolicach Melbourne. Jest to oczywiście galeria niekompletna, bo nie udało mi się sfotografować jeszcze wszystkich zwierząt, które tu widuję (m.in. wombata, kukubary, oposa, czy cudownej lotopałanki, której australijskie imię brzmi o niebo lepiej - sugar glider - czyli cukrowy szybowiec).
Na początek kangury. Choć gościły już nie raz na moim blogu, są znowu i pewnie jeszcze będą. A to dlatego, że ostatnio nasza przyjaźń z kangurami coraz bardziej się zacieśnia. Odkryliśmy bowiem, co jest ich ulubionym przysmakiem. Chleb tostowy. Zrobią dla niego wiele (np. spoliczkują kolegę ze stada), wyczuwają go z kilometra, jedzą z ręki, dosłownie. A przy okazji pięknie pozują do fotograficznych portretów. Patrzcie:
W "naszym" lesie mieszka też echidna, tzn. kolczatka, czyli śmieszny, australijski jeż z długim ryjkiem.
Choć Australia zachwyca różnobarwnym ptactwem, papugami, wśród których królują kakadu, to ilością przewyższają je ptaki, które może nie są tak kolorowe, ale za to śpiewają tak pięknie, że irytująco skrzeczące papugi mogą się przy nich schować. Miners to ptaki wielkości kosa, o żółtych łapkach i dziobach. Roi się od nich przy domach i w ogródkach.
Przy domach i w ogródkach roi się też od magpies - australijskich srok. Choć upierzeniem nie różnią się zbytnio od polskich srok, za to po odgłosach, jakie z siebie wydają, trudno rozpoznać, że to sroki i w ogóle, że to ptaki. Ich dziwaczne śpiewy przypominają mi odgłosy radia w trakcie strojenia.
Pisałam już nie raz, że Victoria to kraina pastwisk. Pasą się na nich wielkie stada wszelkich możliwych zwierząt, jakie tylko można wypasać. Były już na moim blogu krowy i kozy. Dziś kolej na wizytę na farmach alpak i emu.
A przy okazji wizyty na farmach jeszcze raz krowy, które właśnie wydały na świat nowe, liczne pokolenie.
I jeszcze najmniejsze stworzonka. Spokojnie, nie są ani groźne, ani jadowite, ani drapieżne, ani krwiożercze.
A na koniec - wracając do lasku w sąsiedztwie - nie fauna, lecz flora. Moje wspaniałe odkrycie - kwiat-pnącze, który oszałamia swą urodą. Szukałam, jak zwie się to cudo i moje odkrycie okazało się naprawdę cudownym objawieniem - bo cudo zwie się cudnie - passiflora, czy też passion flower. To nie koniec objawienia. Od razu skojarzyłam nazwę kwiatu z owocami passion fruits (w Polsce bardziej znanymi jako maracuja). Australijczycy uwielbiają konfiturę z tych owoców - pyszny, słodki, żółty mus, który dodają do lodów, ciast i koktajli. Tyle czaru w jednej roślinie! Passion flower oczarował nawet mrówki, od których roiło się w kielichach kwiatów. Może poiły się tam słodkim nektarem? A może te zjawiskowe kwiaty są dla mrówek bajecznymi, pałacowymi komnatami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





































































